75% globalnych emisji dwutlenku węgla powstaje w wyniku spalania paliw kopalnych. Oznacza to, że przestawienie światowej produkcji energii na źródła zeroemisyjne ma kluczowe znaczenie w walce ze zmianą klimatu. Odejście od ropy, gazu i węgla na rzecz (głównie) energii wiatrowej, słonecznej i wodnej wymaga inwestycji. Część potrzebnych środków pochodzi z zielonych taryf na prąd, w ramach których odbiorcy (zarówno gospodarstwa domowe, jak i firmy) płacą dopłatę do ceny energii. Firmy często wykorzystują taki zakup zielonej energii jako element swoich strategii „net zero”, a dla gospodarstw domowych to prosty sposób, by „dołożyć swoją cegiełkę” do transformacji. Ale jak te taryfy właściwie działają i czy przynoszą zamierzony pozytywny efekt? Właśnie temu chcemy się przyjrzeć w tym wpisie.
Jak działają zielone taryfy na prąd?
Zielone taryfy na prąd nie opierają się na rzeczywistych przepływach energii elektrycznej w sieci, lecz na odrębnym systemie certyfikatów, które producenci zielonej energii mogą wystawiać i sprzedawać. Certyfikaty te nazywane są „gwarancjami pochodzenia” (Guarantee of Origin, GOO), „świadectwami pochodzenia” (Certificates of Origin, CO) lub REC (Renewable Energy Certificates). Nazwa i szczegóły różnią się w zależności od regionu, ale zasada jest ta sama. Za każdą jednostkę (np. MWh) wyprodukowanej zielonej energii producent otrzymuje certyfikat i może nim handlować na różnych rynkach. (Podobną strategią jest zakup określonego rocznego wolumenu energii odnawialnej bezpośrednio od producenta, np. w ramach tzw. umów PPA (Power Purchase Agreement)).
Dostawca zielonej taryfy zwykle po prostu dostarcza swój „standardowy” miks energetyczny, a następnie kupuje tyle certyfikatów zielonej energii, ile prądu dostarczył swoim klientom.
(Źródło rysunku: Nordpool)
Ponieważ wystawianie certyfikatów i handel nimi odbywają się niezależnie od fizycznych przepływów energii, zazwyczaj nie pokrywają się one ani w czasie, ani geograficznie. Mówiąc dokładniej: wolumen certyfikatów rozlicza się zwykle w skali roku kalendarzowego. Załóżmy, że dostawca w ciągu roku dostarcza swoim klientom 1 TWh „zielonej” energii – wtedy po prostu kupuje certyfikaty na 1 TWh, aby pokryć ten rok. Problem polega na tym, że certyfikaty mogą obejmować produkcję energii słonecznej, która przypada głównie na lato, podczas gdy faktyczne zużycie energii może być wyższe zimą. Do tego energia z fotowoltaiki powstaje wyłącznie w ciągu dnia, a prąd zużywamy również w nocy. Co więcej, certyfikaty (w przypadku Europy) można kupić w dowolnym kraju, nawet jeśli energia nie mogłaby fizycznie przepłynąć od sprzedającego do kupującego – skrajnym przypadkiem są certyfikaty z Islandii sprzedawane w Europie kontynentalnej.
Argument za certyfikatami brzmi: przychody z ich sprzedaży mimo wszystko napędzają rozwój odnawialnych źródeł energii, do którego inaczej by nie doszło, a tym samym pomagają ograniczać emisje dwutlenku węgla. Jednak w niedawnej publikacji badacze z Princeton, Tsinghua i Binghamton doszli do wniosku, że zakup w rozliczeniu rocznym „[…] ma zerowy lub prawie zerowy długoterminowy wpływ na emisje dwutlenku węgla na poziomie systemu”. Innymi słowy: koncepcja nie działa tak, jak zakładano i jak się ją reklamuje. (Publikacja dotyczyła USA i uwzględniała tamtejsze specyficzne uwarunkowania, ale ogólny wniosek zapewne odnosi się do większości podobnych systemów).
(Źródło rysunku: FFE)
Dodatkowy problem: zielona energia bywa często „liczona podwójnie”. Jeśli wytwórca sprzedał swoje certyfikaty, formalnie nie może już określać swojej energii jako „zielonej” do innych celów. Do podwójnego liczenia dochodzi, gdy jedne podmioty reklamują rzeczywisty miks wytwarzania, a inne – certyfikaty z tego samego miksu. Śledzenie, komu co przypisano, jest oczywiście skomplikowane, ale przykład Islandii pokazał, że z 19 TWh wyprodukowanej zielonej energii 8 TWh zostało prawdopodobnie policzonych podwójnie!
Słabości obecnego systemu
Zakładamy, że większość odbiorców i organizacji nie zdaje sobie sprawy z tych słabości obecnych „zielonych” umów i zakupów energii. Trudno się zresztą dziwić: temat jest złożony. Nie pomaga fakt, że nawet instytucje rządowe, takie jak szwajcarski Federalny Urząd ds. Energii (BFE), wciąż publikują stwierdzenia w rodzaju „80% energii elektrycznej zużywanej w szwajcarskich gospodarstwach domowych jest zielone”, wliczając do tego wspomniane certyfikaty.
Pierwszym krokiem do poprawy systemu jest oczywiście świadomość. Platformy takie jak Electricity Maps świetnie pokazują w swoim produkcie „rzeczywistą” intensywność emisji CO2 aktualnie zużywanego prądu, a do tego udostępniają materiały edukacyjne dla organizacji, które chcą kupować „naprawdę” zieloną energię.
Ogólnie poziom świadomości w świecie biznesu wydaje się bardzo zróżnicowany: od organizacji, które chętnie kupują i z dumą reklamują roczne wolumeny „zielonej” energii, po liderów takich jak Google, który porzucił już to podejście i myśli w znacznie bardziej zaawansowany sposób – w kategoriach „24/7 carbon free energy” (patrz niżej).
Słabości te dostrzegają też rządy – na przykład w Szwajcarii trwa debata nad przejściem na kwartalne lub miesięczne rozliczanie certyfikatów.
Odpowiedź na słabości: „24/7 carbon free electricity”
Choć słabości obecnego podejścia nie są jeszcze powszechnie znane, wiele podmiotów już je dostrzegło i trwa kilka prób „naprawienia” systemu. Jedna z tych inicjatyw nosi nazwę „24/7 carbon free” – termin ten, według naszej wiedzy, spopularyzował Google wspomnianymi wyżej działaniami – a w cytowanej publikacji nazywa się „temporal matching” (dopasowaniem czasowym). W tym podejściu produkcję zielonej energii i zużycie kupującego dopasowuje się godzina po godzinie, a często wymaga się też, by oba znajdowały się w tym samym połączonym obszarze sieci, co zapewnia dopasowanie geograficzne. Idzie to znacznie dalej niż na przykład przejście z rocznych na kwartalne gwarancje pochodzenia i może przynieść dodatkowe korzyści, takie jak przyspieszenie rozwoju magazynów energii. Nad tematem pracuje lub opublikowało badania wiele organizacji, m.in. The NordPool Group, UN IPPC, EnergyTag i inne.
Ale czy dopasowanie godzinowe faktycznie działa i czy robi różnicę? Cytowana publikacja zbadała dokładnie tę kwestię i stwierdza, że „… dopasowanie czasowe prowadzi do znaczącej redukcji emisji CO2 na poziomie systemu […]. Dopłata do kosztów energii elektrycznej dla dobrowolnych uczestników jest bliska zeru przy strategiach dopasowania wolumenowego i emisyjnego, przy dopasowaniu czasowym może przekraczać 20 USD/MWh, ale maleje, gdy do zakupu dostępny jest szerszy portfel zaawansowanych technologii”.
Co mogą zrobić gospodarstwa domowe?
Pierwszym ważnym krokiem jest świadomość. Jeśli taryfy na prąd dla gospodarstw domowych są reklamowane jako „zielone” lub firmy chwalą się, że korzystają z zielonej energii, pamiętaj, że do prawdziwie zielonej i bezemisyjnej energii może być jeszcze daleka droga.

Aby sprawdzić, jak „zielony” jest prąd, który w danej chwili zużywasz, korzystaj z platform takich jak Electricitymaps.com. Możesz też użyć Zerofy, aby godzina po godzinie śledzić emisje CO2 Twojego gospodarstwa domowego wynikające ze zużycia prądu, a nawet rozbić je na poszczególne urządzenia.
Elektryfikacja domu i transportu ma kluczowe znaczenie. Jeśli masz fotowoltaikę na dachu i zużywasz jak najwięcej energii bezpośrednio, obniżasz zarówno koszty, jak i emisje. (A co do pochodzenia prądu z własnej instalacji nie masz żadnych wątpliwości). W optymalnym wykorzystaniu energii z fotowoltaiki pomoże Ci nasza funkcja „Run on Solar”.
Na koniec: to wszystko nie oznacza, że jako gospodarstwo domowe musisz całkowicie odłączyć się od sieci. Ważne jest jednak, by dalej wywierać presję na przejście sieci na bezemisyjną produkcję 24/7, a jednocześnie elektryfikować zużycie energii w domu (np. pompa ciepła) i w transporcie (samochód elektryczny).